Menu

Polecamy strony

Wyszukiwanie

S P I S   T R E Ś C I

 

s. 4-6:         List pasterski Rzymskokatolickiego Episkopatu Ukrainy na adwent 2010 roku  

s. 4:            Modlitwa o łaski za wstawiennictwem biskupa Adolfa Piotra Szelążka

s. 7:            Michał KOWALUK, Jan Sobiło. Nowy biskup Kościoła Rzymskokatolickiego na Ukrainie

s. 8:            RISU, Obył się Ogólnoukraiński Okrągły Stół „Teksty sakralne: komentarze, przekłady, interpretacje”

s. 9:            Koncert z okazji Święta Niepodległości Polski

s. 10:          Ks. Witold Józef KOWALÓW, Słowo podziękowania  

s. 11-12:     Ks. Mieczysław MALIŃSKI, Prawo do szacunku: rodzice

s. 12-16:     Danuta SIWIEC, Wołyńska lekcja historii i tolerancji

s. 16-20:     O. Andrzej RUDNIK, Trzysta lat w cztery dni. Podróż sentymentalna  

s. 21:          Bp Adolf Piotr SZELĄŻEK, Błogosławieństwo Biskupa Adolfa Piotra Szelążka                 dla „Rycerza Niepokalanej”

s. 22-24:     Marek A. KOPROWSKI, Halina Skrzypkowska

s. 25-27:     Jan KOWALCZUK, „Świętopełk” upamiętniony

s. 28:          Irena HORBAŃ, Chciał być pochowany w rodzinnym Lwowie

s. 29-30:     O. Jacek WALIGÓRA OFMCap., W końcu między braćmi. Ekshumacja Sługi Bożego             O. Serafina Kaszuby

s. 31:          O. Hieronim WARACHIM OFMCap., Ekshumacja Sługi Bożego O. Serafina Kaszuby

s. 32-34:     Tomasz JODEŁKA-BURZECKI, Niepokalana w poezji Słowackiego

s. 35-36:     Michał KOWALUK, „Książe Konstanty Iwanowicz Ostrogski w historii Europy Środkowo-        Wschodniej”

s. 37-42:     Ks. Witold Józef KOWALÓW, „Scypion Ruski” – hetman

                 Konstanty Iwanowicz Ostrogski w historiografii polskiej

s. 43-44:     Ks. Witold Józef KOWALÓW, Dialog polsko-ukraiński a odbudowa imperium

s. 45:         Kronika Parafii Ostrogskiej

s. 46-48:     Krzysztof Rafał PROKOP, Stanisław Łubieński 1624 –1627 

 

[„Wołanie z Wołynia” nr 6 (97) z listopada-grudnia 2010 r., s. 2.]

 

Aby otrzymać „papierową” (tradycyjną) wersję naszego czasopisma należy zwrócić się listownie na adres:

Stefan Kowalów, „Wołanie z Wołynia”

skr. poczt. 9, 34-520 Poronin

Roczniki 2009 i 2010 „Wołania z Wołynia” w wersji elektronicznej są dostępne pod adresem:

 

http://polskiekresy.info/index.php?option=com_content&view=article&id=1015:wolanie-z-wolynia&catid=140:biblioteka-kresowa-&Itemid=634

 

 

W  KOŃCU  MIĘDZY  BRAĆMI

 

Ekshumacja  Sługi  Bożego  O.  Serafina  Kaszuby

 

 

 

Przy pięknej, słonecznej pogodzie, 16 listopada 2010 r. we Lwowie, na Cmentarzu Janowskim miała miejsce ekshumacja doczesnych szczątków Sługi Bożego Serafina Alojzego Kaszuby, kapłana z Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów, apostoła „Kościoła milczenia”, który przez większość swojego kapłańskiego życia przemierzał z posługą pasterską bezkresne obszary dawnego Związku Radzieckiego.

 

Postępowanie o wyniesienie Sługi Bożego do chwały ołtarzy toczy się obecnie na szczeblu rzymskim. Powoli zmierza do końca proces pisania Positio super virtutibus – całościowego opracowania, którego celem jest ukazanie heroiczności cnót kandydata na ołtarze. Ważnym etapem w procesie beatyfikacyjnym jest ponadto ekshumacja i rekognicja (rozpoznanie) szczątków jego ciała.

 

W związku z tym Bracia Mniejsi Kapucyni zwrócili się do Kongregacji do spraw kanonizacyjnych z prośbą o pozwolenie na podjęcie stosownych działań w celu ekshumacji i przeniesienia doczesnych szczątków Sługi Bożego do kościoła kapucynów w Winnicy na Ukrainie. Podobne petycje zostały skierowane do Arcybiskupa Lwowskiego obrządku łacińskiego, jak i do biskupa diecezji kamieniecko-podolskiej. Posiadając zgodę zainteresowanych stron, można było przystąpić do realizacji tego ważnego etapu procesu. Arcybiskup Lwowski mianował przewodniczącego Komisji w osobie ks. dr. Andrzeja Scąbra, kapłana archidiecezji krakowskiej, a także pozostałych członków komisji: ks. prof. dr. hab. Tomasza Jelonka – promotora sprawiedliwości, s. Halinę Ziętek FMM – notariusza, oraz trójkę lekarzy, wśród których znalazł się m.in. patomorfolog.

 

Ekshumację i rekognicję przeprowadzono zgodnie z Instrukcją, którą przesłała wcześniej Kongregacja. Po 33 latach od śmierci o. Serafina, jego szczątki zostały wydobyte z grobu usytuowanego bardzo blisko grobowca św. Józefa Bilczewskiego, a następnie przewiezione do Katedry Anatomii Normalnej Uniwersytetu Medycznego we Lwowie, mieszczącej się przy ul. Piekarskiej. Ciekawe, że rekognicja dokonywała się niemal w tym samym miejscu (sąsiedni budynek), w którym przeprowadzono sekcję zwłok tuż po śmierci Sługi Bożego. Wydobyte z grobu szczątki zostały przez lekarzy oczyszczone, rozpoznane i opisane, a następnie złożone do nowej dębowej trumny razem z protokołem z oględzin. Trumna została zamknięta i opatrzona lakową pieczęcią Kurii Arcybiskupiej we Lwowie, czego dokonał obecny na miejscu kanclerz Kurii – ks. Władysław Grymski. Następnie umieszczono ją w urnie wykonanej z blachy cynowo-cynkowej i zalutowano. Pozostałe resztki – w postaci fragmentów ornatu, odzieży, butów oraz innych szczątków – złożono w drugiej trumnie i przewieziono ponownie na Cmentarz Janowski. Tam umieszczono ją w starym grobie, na którym zrekonstruowano istniejący wcześniej nagrobek.

 

Nazajutrz, 17 listopada, Komisja przewiozła trumnę z doczesnymi szczątkami Sługi Bożego do oddalonego o 370 km klasztoru Braci Mniejszych Kapucynów w Winnicy. Tam, w kościele klasztornym, w lewej nawie bocznej przygotowany był już nowy grób, w którym – po krótkiej modlitwie – umieszczono i zamurowano trumnę. Nad grobem, na płycie z czarnego granitu, widnieje napis w języku polskim i ukraińskim: „OJCIEC SERAFIN ALOJZY KASZUBA APOSTOŁ KOŚCIOŁA MILCZENIA 17 VI 1910 – 20 IX 1977”. Odtąd Sługa Boży – za życia samotny apostoł bezkresnych ziem, duszpasterz bez kościoła i kapucyński zakonnik bez wspólnoty – spoczywa w klasztornej świątyni kapucynów.

 

Do tego kościoła, który jest centrum życia duchowego wielkiego miasta – liczącego ponad 370 tys. mieszkańców, każdego dnia zagląda wiele osób, aby przez chwilę pomodlić się przed wystawionym Najświętszym Sakramentem. Tutaj wierni, już bez lęku wyznający swoją wiarę w Jezusa Chrystusa, mogą zatrzymać się także przy grobie o. Serafina, dziękując Bogu za życie i posługę kapłana, który – podobnie jak św. Paweł Apostoł – stał się „wszystkim dla wszystkich”. Dzięki takim jak on, jak Sługa Boży ksiądz Władysław Bukowiński, wiara mogła przetrwać w ludzie pomimo wojny, totalitarnych prześladowań i terroru.

 

Ojciec Serafin Kaszuba za swojego życia przemierzał wielkie odległości, aby odnajdywać rozproszonych wiernych, aby nieść im pociechę, nadzieję i sakramentalną posługę. Teraz ten „Włóczęga Boży” spoczywa we własnym klasztorze, w którym żyją i pracują jego współbracia.

 

Przeniesienie doczesnych szczątków o. Serafina do kościoła dla wielu ludzi stwarza okazję, by je nawiedzić i – jeśli taka będzie wola Pana Boga – by modląc się przez jego wstawiennictwo, doznawać zbawiennej pomocy w potrzebach. O skuteczności jego orędowania mogło przekonać się już wielu, o czym świadczą listy napływające od lat do Postulacji sprawy kanonizacyjnej Sługi Bożego Serafina Kaszuby. To, czy będziemy mogli już wkrótce cieszyć się kolejnym błogosławionym Kościoła katolickiego, zależy z pewnością od wielu czynników. Wszystko w rękach Pana Boga, któremu także sam o. Serafin zawierzał z heroizmem, co wyraził kiedyś słowami: „Pan Bóg widzi, że oddałem Mu wszystko w ręce, i On rządzi nie zawsze według naszej woli”.

 

 

br. Jacek Waligóra OFMCap

["Wołanie z Wołynia" nr 6 (97) z listopada - grudnia 2010 r.]

 

 

70. rocznica pierwszych wywózek na Sybir Polaków z Wołynia

 

WOŁYŃSKA  LEKCJA  HISTORII  I  TOLERANCJI

 

Dnia 10 lutego 2010 r. minęła 70. rocznica pierwszych wywózek na Sybir Polaków z Wołynia.

 

Nad ranem zjawili się w tysiącach pol­skich domów. Załomotali kolbami. Dali kilka minut na spakowanie dobytku i popędzili na Wschód. Daleko na Wschód. Aż na Syberię i do Kazachstanu. Tam zgotowano im piekło na ziemi Cierpieli głód, zimno i poniżenie godności ludzkiej. Największą krzywdę uczyniono dzieciom, które były pozbawione wszystkiego - nawet matki, która zostawiła je na cały dzień głodne, a sama szła w syberyjską tajgę, czy też kazachstańskie stepy wykonywać nikomu niepotrzebne prace, A dzieci zmarznięte i głodne (zmarło ich bardzo wiele), bez chleba i mleka czekały jej powrotu, czasami na próżno, bo często współtowarzysze niedoli uginając się pod ciężarem nieśli martwe ciało. Pamiętajmy też o tych bezimiennych, zmarłych na wielostopniowym mrozie podczas trans­portu w bydlęcych wagonach, wyrzucanych jak kawał drewna i o zmarłych na nieludzkiej ziemi z głodu i zimna. Ludzie Ci nie mają grobów, dlatego też powinniśmy pamiętać o nich w modlitwie, bo jak mówi nasz wieszcz Adam Mickiewicz: „Jeśli zapomnę o nich Ty Boże zapomnij o mnie”. Zesłańcy w drodze na Syberyjską katorgę uło­żyli balladę, oto pierwsze jej słowa: „10 luty będziem pamiętali, przyszli sowieci myśmy jeszcze spali”. I my też pamiętajmy, bo to nasz moralny nakaz. Ksiądz prałat Zdzisław Peszkowski, kapelan Rodzin Katyńskich i Pomordowanych na Wschodzie prosił:

Niech 10 lutego w każdym polskim domu zapłonie wieczorem światełko na znak, że jesteśmy, pamiętamy i czuwamy. Przenieśmy się myślą na Jasną Górę i zabierzmy wszyst­kich naszych bliskich doświadczonych Golgotą Wschodu, na Apel Jasnogórski Przywołajmy Tych, którzy pozostali na zawsze na Dalekim Wschodzie. Ogarnijmy ich modlitwą. Przynie­śmy Matce Bożej nasze przebaczenie, które jednak nie oznacza zapomnienia i tchórzliwego milczenia”. Nie będziemy głusi na ten Apel.

 

Ta opowieść jest o tych, którzy ocaleli. Często dzięki tym, którzy być może na rękach mieli krew naszych Rodaków. Bo życie na Kresach proste nie było...

 

ZACZĘŁO SIĘ 17 WRZEŚNIA 1939 R.

na Wołyń wkroczyli najpierw czołgiści, za nimi kawaleria, a na końcu przyszła piechota. Czerwonoarmiści byli bar­dzo biednie odziani, bardzo zmęczeni i uginający się pod ciężarem plecaka. Polacy nie okazywali najeźdźcom współ­czucia, nikt nie podał im na­wet kubka wody, bo zaszczyt witania okupantów przypadł w udziale uradowanym Ukraiń­com i Żydom.

Podhajce, w których miesz­kaliśmy to wieś ukraińska, w której żyło kilkanaście pol­skich rodzin. Obok wsi był ukraiński chutor. Były tu le­pianki z gliny, kryte słomą i na niebiesko malowane (kute chaty).

Jednym z mieszkańców był Wasyl, człowiek bardzo we­soły, dowcipny, bez którego nie obyły się żadne wesela, chrzciny, chętnie przez pol­skich sąsiadów zapraszany, zasiadał przy każdej okazji za biesiadnymi stołami w ich do­mach. Po wkroczeniu Rosjan różnie względem Polaków zachowywali się nasi sąsiedzi

– Ukrainy. Jedni nadal przy­jaźnie, a inni – tak jak Wasyl

– zmienili wobec nas swoje za­patrywania.

Należy też wspomnieć, że i wśród tych, którzy wtargnęli na nasz Wołyń byli różni lu­dzie, podobnie jak i wśród naszych sąsiadów – Ukraińców,

 

DOBRZY I ŹLI,

okrutni i spieszący Polakom z pomocą. Dziadzio wspo­minał o takim odbiegającym od wschodniej normy Rosja­ninie. Pewnego, wrześniowego dnia do wsi przyjechał młody, rosyjski oficer. Cały chutor (mieszkańcy) wyległ na jego spotkanie. Prowodyrem (przy­wódcą) był Wasyl, a zmiana „frontu” względem Polaków dziwiła nawet, jego sąsiadów z chutoru. Wasyl uświadamiał chłopów, jak mają narzekać na Lachów (pogardliwa na­zwa Polaków). Gdy któryś z sąsiadów odezwał się, że to nieprawda, usłyszał: „Nie ma prawdy jest sprawiedliwość”.

Podjechał gazik. Wyszedł ka­pitan o stopień oparł nogę i za­pytał, jak się tu ludziom żyło? Oczywiście z odpowiedzią pospieszył usłużny prowodyr. „Chodziliśmy głodni, boso, nieodziani. Lachi nas hnytyły (Lachy nas uciskali). Jisty ne dawały (Jeść nie dawali)”. Młody kapitan lekko uśmie­chając się, lustrował wzro­kiem tak bardzo „Uciska­nych”, dobrze wyglądających i elegancko ubranych chłopów, którzy na spotkanie z takim gościem ubrali się odświętnie, co umknęło uwadze zacie­trzewionego Wasyla. Oficer patrząc na tłum odezwał się: „Och, biedni ludzie, rosyjskie­mu oficerowi poskarżyć się przyszli. Tak, tak widzę macie buty giemzowe (giemza – bardzo dobry i drogi rodzaj skóry), jesteście ład­nie ubrani i dobrze wyglądacie, gdy tak na Was patrzę i skarg kłamliwych słucham, przy­znaję żeście biedni, ale tylko... sercem i duchem”.

Nikt nie spodziewał się takie­go obrotu sprawy, a szczegól­nie Wasyl, który z tą sprawą łączył jakieś nadzieje na „po­prawę swojej doli”. Po takiej ripoście kapitana, który jego narzekania puścił mimo uszu, opuścił Wasyl głowę i odszedł bez słowa, a z nim chutor cały

A jak się zachował, gdy wrócił do domu? Już od progu krzy­czał, aby żona zdejmowała ze ścian ikony (prawosławne obrazy święte). Na jej protest odpowiedział: „Nie szczekaj, teraz przyszły czasy inne, na­reszcie swoboda, będzie tu replika nowa”. Powtórzywszy żonie swój nakaz, sam popę­dził na cmentarz i wyjął z mo­giły ojca krzyż. Gdy w 1941 r. wkroczyli na Wołyń Niemcy, to czerwcową nocą znowu postawił krzyż na ojcowskim grobie.

Przyznać należy, że i Wasyl miał rację, twierdząc, że

 

PRAWDA ZE SPRAWIEDLI­WOŚCIĄ NIE MIAŁY NIC WSPÓLNEGO

Na skraju lasu, wśród pięknej przyrody stał ładny murowany domek. Mieszkał w nim drwal z żoną i gromadką dzieci. Go­spodarz był bardzo pracowity i zaradny. Jego dom ukryty w leśnej gęstwinie był bardzo zadbany, a wewnątrz czysty i schludny, z pomalowaną na czerwono podłogą. A jak zachowali się Rosjanie, gdy przekroczyli próg domu? „Go­ście” oniemieli ze zdumienia, a oficer odezwał się: „Kakaja krasiwaja miebiel (jakie ładne meble). Na oknach firany, o, o podłoga malowana. Nie widzę zapiecka, nie śpicie na słomie”. Splunąwszy, tfu! Dodał: „O, wy burżuje, nic was nie uratu­je i na biełyje miedwiedi wam para”. („Czas wam na Sybir”). Pierwsze deportacje na Sybir rozpoczęły się 10 lutego 1940 r. Mieszkający obok drwala sąsiad był świadkiem, jak to w mroźną, lutową noc, żołnierze NKWD upychali na furmankę gromadkę głośno płaczących dzieci i przerażonego drwala z żoną. Jak to wytłumaczyć? Za co? Dlaczego? Jakim pra­wem skazano i wywiezio­no wówczas na syberyjską katorgę   szereg niewinnych ludzi, zarówno Polaków jak i Ukraińców, a wszystkich „Bogu ducha winnych ludzi”. Podzielił ich los kuzyn mojej mamy Stanisław Grabowski (prawdopodobnie z Kostopola) winawat? (winny?) Da! (Tak!), Bo był wójtem. Wójt – zrozumiałe – burżuj, niech w tajdze pomarznie, to mu się po kułacku myśleć odechce. Nauczyciel? Też można wytłumaczyć, bo to inteligent, to ekskrement, jak uważali siepa­cze Berii, a przed zasiedleniem Wołyńskiej Ziemi nowym grażdanami (obywatelami) należało ją oczyścić z wszelkich „nieczystości”. Listonosz? Też winowat! Bo z „listową kultu­rą” ma do czynienia, ale co im zawinił kowal Sobieski, który podkuwał konie, kuł lemiesze, nie był bogaczem, a swoją mo­zolną pracą służył okolicznym gospodarzom? Albo ciężko pracujący robotnik leśny? A jak kwalifikowano na „darmową wycieczkę”?

To autentyczne zdarzenie przybrało taką formę. W miej­scowej szkole urządzili sowie­ci punkt „rekrutacji” na sybe­ryjską katorgę.

Ustanowionych w kolejce mieszkańców wsi zapisywano na listę.

Pewnego młodego chłopaka (nieznającego rosyjskiego) siedzący za stołem zapytał: „Kak trwaaja familja?” Zagad­nięty zrozumiał, że chodzi o rodzinę, więc odpowiedział: „Dobrze się ma: ja, brat, tato...” Rosjanin krzyknął: „Ja pytaju nazwiska i wsio”. Słysząc po­dawane nazwiska: Kowalski, Piotrowski, Jankowska swo­im zwyczajem splunął. Tfu! I rzekł: „Wot swołocz Polska (Ot dranie Polscy). Niech wiedzą sąsiedzi, że jedziecie na biełyji miedwiedi, tam bę­dziecie dla Sajuza pracować, żeby darmo w Polsze życia nie marnować”. Nikt nie był pew­ny, kiedy nocną porą załomocą kolbami w drzwi i wrzasną „Skariej, skariej” („szybciej”) i wywiozą w nieznane.

 

BALI SIĘ TEŻ O SWOJE RODZINY I POLICJANCI.

A było to na Polesiu, też we wrześniu 39 roku. Wyruszył z Pińska autobus z rodzinami policjantów. Jechaliśmy przez kraj Poleszuków, pracowitego ludu przyzwyczajonego do ciężkiej pracy, żyjącego spo­kojnie i skromnie. Utrzymywali się oni z rybołówstwa i hodowli bydła.

Jechaliśmy poleskimi bezdro­żami. W autobusie żony, doro­słe dzieci i matki policjantów i tylko jedna matka z dzieckiem – to byłam ja.

Mój płacz do tego stopnia denerwował panie, że nawet zgodnie były wyrzucić „ba­chora”, ale gdy szczęśliwie uniknęliśmy nieszczęścia (upadku w przepaść) całkowi­cie odmieniły swoje zapatry­wania. Krążyłam z rąk do rąk, a kiedy oddano mnie mamie miałam zawieszonych kilka­naście łańcuszków z krzyżykami i medalikami. Jechaliśmy, a tu i głód już zaczął doskwierać. Panie ratując życie i bogactwo w walizkach zapomniały o ...zapasach żywności. W pewnej chwili milczący do tej pory kierowca wykrzyknął przera­żonym głosem:

 

NAPADNĄ NA NAS CHŁOPI Z WIDŁAMI

Moja mama opowiadała jaki lament podniósł się w auto­busie, ale rzeczywiście było się czego bać. Na drodze stali Poleszucy uzbrojeni w różne rolnicze narzędzia, którymi nam wygrażali. Do stojącego autobusu weszło dwóch obdartusów. Jeden z nich wycią­gnął rękę w kierunku półki z walizkami, ale nagle ją cofnął, bo oto zza fotela wysunęła się mała rączyna i usłyszano: „Jestem taka głodna”. Ukraiń­cy stali jak wryci: „O! Dytyna” („O, dziecko”) wyszli. Podeszli do gromady od której oderwa­ło się kilku chłopów i gdzieś poszli. Przerażenie pasażerów nie zmalało. Po jakimś czasie do autobusu weszła większa liczba Poleszuków – przynie­śli nam jedzenie. Któryś z nich podał mamie owinięty białym płótnem kawał słoniny ze sło­wami: „To dla dytyny” i dodał „Jedźcie dalej paniusie spokoj­nie a dla małej dytyny szczę­ścia w życiu życzymy” (szcze­re to były słowa, bo spełniały się w moim życiu). Poleszucy wyszli z autobusy, a gromada na drodze rozstąpiła się na boki. Przerażenie ustą­piło miejsca niedowierzaniu, że jesteśmy żywi i wolni. Na­wet kierowca siedział jak spa­raliżowany. W pewnej chwili mężczyzna wstał i zwrócił się do pań: „Miłe panie, Ci ludzie darowali nam życie a mogli nas zabić. Może by panie tym biednym ludziom coś ofiaro­wały?” Drugi raz nie trzeba było powtarzać. Paniusie zdej­mowały z półek walizki i coś z nich wyjmowały. Kierowca wyszedł z autobusu i jednego z Poleszuków poprosił o czapkę. Okazało się, że do jednej czap­ki nie zmieściły się wszystkie dary, poprosił o drugą. I tak to litościwi Poleszucy otrzymali dwie czapki wyrobów ze zło­ta, a moja mama zostawiła mi tylko jeden złoty łańcuszek z aniołkiem. Autobus ruszył. Poleszucy po obu stronach drogi kłaniali się nam do sa­mej ziemi. Do celu dojechali­śmy szczęśliwie, a moja mama ze mną przeniosła się do swoich rodziców do Podhajec.

 

MÓJ TATA, POLESKI POLICJANT,

też miał wielkie szczęście. Poleszucy odnosili się do stró­ża prawa z szacunkiem. Za­skarbił sobie uznanie tym, że szanował ludzi i nigdy nie za­pominał, że jest człowiekiem w służbie człowieka. Chłopi ukryli tatę na jednej z wysepek, których pełno było wśród roz­lewisk wodnych. Taką wysep­kę zwaną oczeretem, a porasta­ły ja szuwary, trzcina, tatarak. Nocą dobrzy ludzie dowodzili mu czółnem pożywienie, ale gdy chłód rozpoczął swoje królowanie, polski policjant serdecznie podziękowawszy swoim wybawcom przeniósł się na Wołyń w pobliże domu moich dziadków. Ukrywał się wszędzie: w lesie, u wujka leśniczego, zabudowaniach a nawet w domu.

To co przedstawię teraz jest po prostu nie do uwierzenia a jednak zdarzyło się naprawdę, można to kojarzyć z cudem. Pewnego razu w listopadową noc tata wychodząc z lasu spotkał na swojej drodze nie­znajomego Rosjanina, którego zaprosił do domu dziadków. Okazało się, że jest to wyso­kiej rangi enkawudzista. I ten to człowiek, pochodzący z Pe­tersburga, będący podpułkow­nikiem bardzo tacie pomógł. Dzięki prostym ludziom, ukra­ińskim Poleszukom i przed­stawicielowi najeźdźców mój tata uniknął Katynia. A nasza kułacko-policyjna rodzina, chyba też dzięki Aleksandrowi nie została wywieziona na Sybir. Wśród autobusowych ucie­kinierów była też siostra mojej mamy – Kazimiera z dwoj­giem dzieci. Przyjechała do nas do Pińska ze swoją rodzi­ną 13 września. Jej mąż wyso­kiej rangi policjant z Poznania dostał służbowe przeniesienie do Zdołbunowa. Jeszcze tego samego dnia wujek wyjechał i wszelki słuch po nim zagi­nął. Przez jakiś czas ciocia z dziećmi mieszkała z nami w Podhajcach, a potem wróciła do Poznania. Do końca życia (zmarła w 1979) nie poznała prawdy o mężu. Jej syn Nor­bert z zawodu lekarz będąc po 2000 roku na katyńskich uroczystościach znalazł wśród zamordowanych nazwisko swojego ojca.

 

NIE ZNAJDUJĘ LOGICZNEGO WYTŁUMACZENIA

na to, że może wśród Poleszuków, którzy „paniusiom” darowali życie, a polskiego policjanta uchronili przed Ka­tyniem, znajdowali się przyszli kaci Polaków zamieszkują­cych Polesie w latach okupacji. Mój tata przeżył 71 lat, zmarł w 1978 roku. Po moim wspa­niałym tacie pozostały poli­cyjne zdjęcia, okrągły znaczek służbowy nr 801 z napisem na odwrocie „Policja Państwo­wa”.

Pozostała też Jego maksy­ma życiowa „Nie ważna jest narodowość, rasa, religia, ale najważniejsze to być człowie­kiem i widzieć Go w bliźnim”.

 

 

Danuta Siwiec

 

 

Święta

Środa, XIX Tydzień zwykły Rok A, I Dzień powszedn

Liturgia słowa

Czytania:

  • Ewangelia:

Sonda

Kiedy powinna być Msza Święta wieczorna w czasie wakacji?

Powinna być o godzinie 18:00

Powinna być o godzinie 19:00

Jest to dla mnie bez różnicy


Licznik

Liczba wyświetleń:
3411978

Statystyki

Zegar